Stwardnienie rozsiane - diagnoza której nie życzę nikomu. Chciałbym pokazać, że ta diagnoza nie oznacza iż życie się kończy. Pragnę pokazać innym, że to życie wciąż jest, chodź może trochę inne, może trudniejsze ale to nie koniec. Czy jestem czasami załamany? Często, ale potem się podnoszę i maszeruje dalej z podniesionym czołem i z uśmiechem na twarzy.

Jeśli chodź trochę ten blog będzie pomocny dla Was chorych oraz dla Waszych rodzin to będę szczęśliwy. To właśnie jedna z tych rzeczy która dodaje mi sił.

Wojciech Mrugalski

czwartek, 2 grudnia 2010

Odeszła:(

Kilka dni temu pisałem o pomocy dla Kasi. To zupełnie obca dla mnie osoba, a mimo to pomoc życzliwych ludzi była o wiele bardziej potrzebna dla niej niż dla mnie.

Pisze w trybie przeszłym ponieważ Kasi już nie ma – odeszła.

środa, 1 grudnia 2010

Sport to zdrowie

Sport to zdrowie. Rehabilitacja to też jakaś forma sportu i aktywności fizycznej. Wiem, wiem… nikomu się nie chce rehabilitować. Codziennie te nudne ćwiczenia, w sumie takie proste, a mimo to takie ciężkie i efekty nie są oszałamiające. Póki co, nie ma skuteczniejszej metody walki z SM niż rehabilitacja.

Dzisiaj poćwiczyłem z Olą przez 2 godziny i czuję się bosko. Fizyczny wysiłek podnosi poziom endorfiny. Nie wiem jak ona to robi ale mi się to podoba!

Chciałem również napisać o Agnieszce, która jest rehabilitantka w Krajowym Ośrodku Mieszkalno - Rehabilitacyjnym dla Osób Chorych na Stwardnienie Rozsiane w Dąbku. Agnieszka była moim indywidualnym rehabilitantem i jest specjalistą w swojej dziedzinie. Niestety, ale musi ona zrezygnować z pracy w tym ośrodku z powodów o których nie chcę mówić na forum publicznym. Myślę, że była to dla niej bardzo trudna decyzja ale wiem, że podjęła właściwą. To wielka strata dla nas chorych i dla ośrodka.
Jakoś tak bardzo się związałem emocjonalnie z ludźmi z tego ośrodka, że każda ich tragedia, smutek, radość od razu wpływa na mnie. Traktuje ich jak rodzinę. Kiedy jadę tam, to czuję się jakbym wrócił do domu.

Aga, dziękuję za wszystko i życzę szczęścia!

wtorek, 30 listopada 2010

Fajny dzień

Od czego mam zacząć? Ponoć najlepiej zaczynać od początku.
Wczoraj (w niedzielę) poszedłem spać o 3 nad ranem. W sumie nic ekscytującego nie robiłem bo jakoś tak w dobry nastrój wprowadził mnie film Joe Black. Znam ten film na pamięć, a zawsze z przyjemnością go oglądam jeśli idzie w TV. To taki film, który mówi o honorze, dumie, lojalności, miłości. Dzisiaj mam wrażenie, że ludzie o tym zapominają – ot takie wyświechtane frazesy. Nie jestem dinozaurem ale coraz częściej mam wrażenie, że wszystko jest na sprzedaż albo do kupienia. Dla mnie takie wartości są bardzo ważne.

Miałem nadzieję, że po filmie szybko zasnę ale co chwile leciały interesujące programy na Discovery albo National Geografic. W ten sposób zastała mnie godzina 3 rano. Jak mówiłem, nie robiłem nic specjalnego ale się nie nudziłem. Horror to był dopiero rano jak musiałem wstawać o 7 rano bo za godzinę mieli przyjść instalatorzy do kaloryfera. Jakoś się zwlokłem z wyra. Fachowcy spóźnili się 15 minut. Nawet im to szybko poszło bo przed godziną 10 już wyszli z domu. Kaloryfer grzeje, woda się na razie nie leje, a mnie będzie cieplutko w nocy.

Po południu, koło 16.30 przyszła Ola i zaczęliśmy pracę – rehabilitację. Trochę pogadaliśmy albo raczej ja nawijałem, a potem wzięła mnie w swoje ręce i ćwiczyliśmy PNFem. Nie patrzyłem na zegarek ale mogliśmy ćwiczyć z 90 minut. Dla mnie super. Bardzo dobrze się czułem po rehabilitacji. Myślę, że i jutro tak będzie. Taka współpraca bardzo mobilizuje, jeśli czuje się, że nauczycielowi zależy. Wówczas to i uczeń inaczej do tego podchodzi. Ale ja mam fuksa i z Tomkiem, dr Elą i Olą. Najlepsze rzeczy zdarzają się wówczas, kiedy się ich nie spodziewasz.

A wieczorem o 21 był mecz w TV. Nie jakiś byle jaki mecz ale wielkie derby europy, mecz FC Barcelona – Real Madryt! Co to był za mecz, albo raczej co to była za Barcelona. Real Madryt został ośmieszony i skompromitowany. Moja kochana Barcelona dała prztyczek nadętemu trenerowi José Mourinho. 5:0 to kompromitacja. Nie będę się już o tym rozpisywał, bo już dzisiaj są niezłe tytuły nagłówków w Internecie co świadczy o skali porażki Realu Madryt.

Zbieram się do spania, mam nadzieje, że dzisiaj uda mi się zasnąć wcześniej.

To był dobry dzień dla mnie. Trzeba się starać o następne:)

niedziela, 28 listopada 2010

Listopadowa plucha

Ale dzisiaj jest dupiany dzień. Jestem jakiś totalnie zamulony. Listopad, a właściwie już prawie grudzień i odpowiednia pogoda na polu powoduje, że trochę się nic nie chce. Hehehe – małopolska ma za oknami pola no i może lasy, w przeciwieństwie do reszty kraju.

Jeżdżąc do Dąbka, spotykam się z innymi „kulawymi” z różnych stron Polski. Nauczyłem się, że tam trzeba się pilnować, bo personel albo inni друзья na pewno nie omieszkają zwrócić na to uwagi:). Jak mawiają: jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one.

Wracając do aury za oknem, to pogodę można uznać za iście depresyjną. Na szczęście nie muszę już korzystać ze wspomagaczy nastroju takich jak Fluoksetyna i inne dopalacze – antydepresanty.
Nie wygrzebałbym się z depresji bez tych prochów. Przecież mnie chcieli zamknąć do wariatkowa w takim stanie zgłosiłem się do lekarza. Dobrze, że nie miałem myśli samobójczych. Do lekarza poszedłem prywatnie, a zaintrygowała mnie informacja w telewizji o światowym dniu walki z depresją. Do ostatniej chwili, nawet przed wejściem do gabinetu psychiatry nie chciało mi się wierzyć w to, że mnie to mogło spotkać. A jednak, po wyjściu od lekarza wiedziałem, że i faceta może to dopaść.

Ludzie się wstydzą mówić o tym, że chodzą do psychiatry. Ja też się nie obnosiłem z tym, bo przecież nie jest to powód do dumy, ale przed przyjaciółmi i znajomymi nie ukrywałem faktu, że leczę się u psychiatry na depresję. Mówienie prawdy ma same plusy.
Po pierwsze ucina spekulacje i plotki, a po drugie wiele dowiadujesz się o ludziach którzy są wokół ciebie. Boże… jak ja się cieszę, że ten okres życia mam za sobą. Niestety, ale po depresji przyszła kolej na SM. Można powiedzieć, że wpadłem z deszczu pod rynnę:(.

Jutro z rańca pobudka bo przychodzą mi fachowcy wymieniać uszkodzony kaloryfer. Szkoda, że nie jestem już taka sprawna Zosia Samosia, bo z pewnością sam bym się za to zabrał.

Jutro również rozpoczynam rehabilitację z Aleksandrą. Bardzo ale to bardzo się z tego cieszę. Start około godziny 16.30.
Na pewno nie omieszkam o tym wspomnieć na blogu:)

piątek, 26 listopada 2010

Pomoc dla Kasi

Czasami zastanawiam się dla kogo jest ten blog? Wiem, dla takich jak ja, przynajmniej mam taką nadzieję. Wpadłem dzisiaj na stronę przyjaciół Kasi ot tak przez przypadek.

Pomóz Kasi w walce z choroba

Dziewczyna jest chora na nowotwór złośliwy jelita grubego. Potem zacząłem czytać jej bloga ale musiałem przerwać. Strasznie jest ciężko czytać o cierpieniach innych ludzi. To jest takie przygnębiające. Za bardzo utożsamiam się z jej bólem, cierpieniem i walką o życie, dlatego nie byłem wstanie jej bloga przeczytać w całości.
Stwardnienie rozsiane przy jej problemie jest jak wiosenny katar, a ja wygrałem los na loterii. Cieszę się i doceniam to co mam, chodź też nie jest mi łatwo.

Bardzo jej współczuję i życzę powrotu do zdrowia.